Eugeniusz Jędrzejewski (1934-2001) PDF Drukuj Email
Wpisany przez Aleksander Stawicki   



1968  4d



Człowiek na swojej życiowej drodze spotyka wielu ludzi. Na pierwszym miejscu są to oczywiście rodzice, a w szczególności matka. Dalej jest rodzina, bliższa, dalsza, przyjaciele, koledzy, przełożeni, podwładni. Szczególna grupą osób są nasi nauczyciele, wychowawcy.

W szkole podstawowej jest to zazwyczaj „nasza Pani” ze względu na znaczne sfeminizowanie tego zawodu, w szkole średniej nazywamy ich zwyczajowo profesorami. To, co nam przekazali, czego nas nauczyli, co nam wpoili, jak nas ukształtowali, zostaje na całe życie. Abraham Lincoln twierdził, że „inwestowanie w wiedzę zawsze daje najlepszy zysk”. Z kolei lord Edward Fr. Halifaks powiedział onegdaj: "Wychowanie jest tym, co zostaje, kiedy zapomnieliśmy już wszystkiego, czego nas nauczono”.

Wspominamy naszych nauczycieli i wychowawców przy różnych okazjach, najczęściej na różnego rodzaju zjazdach koleżeńskich i szkolnych. Niedawno taka okazja nadarzyła się podczas IV Zjazdu Absolwentów Liceum Ogólnokształcącego w Człuchowie, który został zorganizowany z okazji 60-lecia istnienia szkoły. Wśród grona nauczycielskiego zabrakło niestety wielu naszych licealnych profesorów. Jednym z nich był mój wychowawca i nauczyciel matematyki, Eugeniusz Jędrzejewski.

Urodził się we wsi Sierakowo koło Kowalewa Pomorskiego. Ojciec Eugeniusza, Władysław był naczelnikiem drogowym odpowiedzialnym za utrzymanie komunikacji na wyznaczonym odcinku. Gdy wybuchła wojna, Niemcy aresztowali go, jako przedstawiciela miejscowej inteligencji i osadzili w obozie koncentracyjnym w Dachau, gdzie wkrótce zmarł. Niebawem także matka Apolonia z trójką małych synów trafiła do hitlerowskiego obozu, do tzw. szmalcówki koło Torunia. Stamtąd po miesiącu zostali wysiedleni do Generalnej Guberni, gdzie zamieszkali na obrzeżach Warszawy. Bardzo często doskwierał im głód i straszliwa nędza. Po pewnym czasie uciekli stamtąd i do końca wojny ukrywali się u rodziny w Szabdzie koło Brodnicy. Gdy skończył się wojenny koszmar, powrócili do swojego, jak się okazało, pustego domu w Sierakowie. Niemcy urządzili w nim przedszkole a wszystkie meble i domowe sprzęty zostały wywiezione. Matka wkrótce wyszła powtórnie za mąż, za właściciela niewielkiego gospodarstw rolnego, Czesława Wiśniewskiego. Warunki w nowym domu były ciężkie. Młodzi Jędrzejewscy bardzo często odrabiali lekcje przy świecach lub lampie naftowej, bo w gospodarstwie nie było prądu ani nawet bieżącej wody.

Eugeniusz był z wykształcenia i zamiłowania matematykiem. Kochał tę dziedzinę nauki. Ukończył studia matematyczne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Studiował w skrajnie trudnych warunkach bytowych, najpierw dojeżdżając do Torunia a potem mieszkając na miejscu na stancji. Niejednokrotnie po zajęciach trzeba było pomóc w gospodarstwie matki i ojczyma, a pojęcie niedostatku nie było mu obce. Droga do magisterskiego dyplomu nie była ani łatwa ani prosta. Wiodła na przemian poprzez meandry nauki i funkcjonującego wówczas nakazu pracy, między innymi w Sianowie.

Na tej samej uczelni studiowali dwaj jego bracia – starszy o rok Hieronim historię i najmłodszy Gabriel geografię. „Był człowiekiem pełnym wigoru, optymistą. Zawsze patrzył „do przodu”, być może by nie pamiętać o cierpianej w czasie wojny i po jej zakończeniu straszliwej biedzie. W przeciwieństwie do mojego męża, który do życia podchodził pesymistycznie i często rozpamiętywał przeszłość. Wojna odcisnęła na jego psychice niezatarte piętno”- stwierdza żona Hieronima. „Dwaj bracia a dwa zupełnie odmienne charaktery”- dodaje.

W 1959 roku Eugeniusz rozpoczął pracę w człuchowskim liceum. Z pozoru oschły, zasadniczy, w głębi duszy jednak przyjazny uczniom. Potrafił zawsze utrzymać dystans, wzbudzić szacunek i respekt. Swój szkolny pseudonim „Mały” zawdzięczał niskiemu wzrostowi, ale tę cechę skutecznie nadrabiał donośnym głosem.

Jako nasz wychowawca i nauczyciel, z którego zdaniem liczyła się dyrekcja liceum, zadbał, aby uczyli nas najlepsi nauczyciele. Utyskiwaliśmy, że nauczyciele wymagają od nas więcej niż w innych klasach, ale to później procentowało podczas egzaminów na studia, w trakcie studiowania lub nauki w szkołach policealnych. Jednocześnie potrafił stworzyć nad naszą klasą swoisty „parasol ochronny”, tak, aby nie stała się nam jakaś krzywda. Potrafił stanąć w naszej obronie, traktując funkcję wychowawstwa jako swego rodzaju misję do spełnienia. Myślę, że pomógł wielu uczniom przebrnąć przez niełatwy przecież okres licealnej nauki i dotrwać do matury. Mam tu na myśli tych, których nauka nie była silną stroną. Gdy był przekonany, że uczeń chce się uczyć, był zawsze gotowy przyjść z pomocą. Na swoich lekcjach mocno kładł nacisk na praktyczny aspekt matematyki. Dlatego zarówno na zajęciach jak i po nich, w ramach prac domowych, rozwiązywaliśmy niezliczoną ilość różnych matematycznych zadań. Był nauczycielem, który wiedział, czego chce.

Nie tylko nauczał matematyki – królowej nauk, ale potrafił wyłuskać pośród uczniów talenty matematyczne i właściwie je pielęgnować, poprowadzić. Dzięki temu wielu absolwentów liceum kontynuowało z powodzeniem studia i pracę naukową. Cieszył się z osiągnięć swoich uczniów i wychowanków. On tym żył. Przez wiele lat radował się matematycznym talentem Franciszka Pukownika, absolwenta z 1962 roku i osiągnięciami Andrzeja Skowrońskiego, absolwenta z 1968 roku, mojego kolegi ze szkolnej ławy. „Franka traktował niemal jak syna. Często zdarzało się, że zostawał u nas na obiad” – wspomina Jadwiga Jędrzejewska. Spośród jego wychowanków Andrzej zaszedł najwyżej.

Uczeń znacznie przerósł swojego mistrza. Jest dzisiaj profesorem zwyczajnym, profesorem doktorem habilitowanym specjalizującym się w algebrze. Wykłada na Wydziale Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Na tej samej uczelni, którą wiele lat wcześniej ukończył jego nauczyciel. Być może jako student tegoż uniwersytetu „zakuwał” w tych samych salach wykładowych, chodził tymi samymi uczelnianymi drogami, a dzisiaj wykłada w tych samych audytoriach. Andrzej jest promotorem wielu rozpraw doktorskich. Jest także członkiem Komitetu Matematyki Polskiej Akademii Nauk. Jednak ten wybitny, znany w kraju i na arenie międzynarodowej matematyk nigdy nie zapomniał o swoim nauczycielu z liceum. Nigdy nie zapomniał, że to właśnie dzięki niemu podjął studia matematyczne.

„Był nauczycielem lubianym w naszym gronie, osobą bardzo towarzyską. Nade wszystko był dobrym kolegą, na którego pomoc zawsze można było liczyć. Gdy w gronie pedagogicznym dochodziło do jakiś spięć, był pierwszą osobą, która starała się rozładować kłopotliwą sytuację ”- wspomina Teresa Bagińska.

Przez wiele lat współpracował z Jerzym Lorochem, najpierw w liceum a potem w Zespole Szkół Technicznych.

„Nigdy w swojej karierze nauczycielskiej nie spotkałem nauczyciela matematyki, któryby tak umiejętnie współpracował ze mną w nauczaniu fizyki, który by tak mocno rozumiał potrzebę korelacji nauczanych przez nas przedmiotów. I nie działo się to podczas specjalnie zwołanych do tego celu szumnych narad pedagogicznych, lecz w trakcie zwykłej koleżeńskiej pogawędki” – wspomina Jerzy Loroch. „ Zawsze znajdowaliśmy wspólny język, rozumieliśmy się w pół zdania. Często pytał mnie o to, jak jego uczniowie radzą sobie z moim przedmiotem. Gdy wyczuł, że pewna partia materiału z zakresu matematyki potrzebna do zrozumienia fizyki nie została należycie opanowana, potrafił określone zagadnienia „przerobić” ponownie. Nigdy potem o tym nie rozmawialiśmy, ale dla mnie było to zauważalne. Doskonale rozumiał, że bez należytej wiedzy matematycznej, wiedza z zakresu fizyki zawsze będzie „kulawa”. Dzięki takiemu podejściu, na swoich zajęciach zawsze mogłem operować pojęciami matematycznymi bez obawy, że coś w tej kwestii się nie powiedzie. Takim podejściem, w mojej ocenie dobitnie zaświadczał, że szanował mnie, chociaż byłem od niego o ładnych parę lat młodszy zarówno pod względem stażu nauczycielskiego jak i pod względem wieku. Odwzajemniałem ten szacunek.

Genek twierdził również, że uczeń, który ma wiedzę z matematyki na poziomie dostatecznym, nie powinien mieć problemów z matematycznymi aspektami w fizyce. Ta teza sprawdzała się w praktyce. Był entuzjastą tego, aby uczeń zrozumiał dogłębnie przekazywaną wiedzę. On był autentycznie zainteresowany tym, aby uczeń jak najwięcej skorzystał w procesie nauczania. Zastanawiał się czy to, co robi jest przydatne dla procesu kształcenia. Dobro ucznia było dla niego najważniejsze. Chodziło mu o to, aby uczeń opuszczał mury szkoły z jak największym bagażem wiedzy. Takie podejście nauczyciela można by określić mianem uczciwości zawodowej, którą obecnie nie często można spotkać.

Wspólnie byliśmy autorami także innej tezy, mianowicie takiej, że z „człuchówka” uczeń też może dostać się na studia w renomowanej uczelni. Staraliśmy się ją konsekwentnie udowadniać, myślę, że z dobrym skutkiem”- dodaje Jerzy Loroch.

Sądzę, że ze względu na pamięć o Eugeniuszu na ostatnim zjeździe absolwentów Jerzy Loroch w trakcie spotkań uczniów z wychowawcami zaopiekował się, oprócz swojej także naszą klasą, abyśmy nie czuli się osieroceni. Gest piękny i szlachetny. Dodam, że z klasą XI c, której wychowawcą był Jerzy, zawsze mieliśmy poczucie uczniowskiej wspólnoty.

Profesor Jędrzejewski chciał swoim uczniom otworzyć okno na świat. W mojej klasie, u progu nauki w liceum zaplanował zorganizowanie dla nas zagranicznej wycieczki, która miała dojść do skutku w klasie maturalnej. Kto zna ówczesne realia zarówno proceduralne jak i materialne a także inne okoliczności, wie że pomysł był z gatunku science fiction, ale on ten marzycielski cel chciał za wszelką cenę osiągnąć i był przekonany, że mu się to uda. Pomysł faktycznie nie wypalił, ale w to miejsce odbyliśmy 10-dniową wspaniałą wycieczkę dookoła Polski, z której wróciliśmy pełni niezapomnianych wrażeń i którą wszyscy wspominamy do dziś. Ja w wielu miejscach już byłem wcześniej, gdyż sytuacja materialna w domu pozwalała na to, ponadto rodzice lubili podróżować. Jednak dla wielu moich koleżanek i kolegów z podczłuchowskich wsi była to naprawdę „wielka sprawa”.

Przy okazji wspomnień z licealnego okresu chciałbym nadmienić, że wtedy zarówno w całej szkole jak i w naszej klasie panował niewyobrażalny w dzisiejszych czasach rygor. Obowiązywały jednolite mundurki. Dziewczęta chodziły w granatowych fartuchach, chłopcy w granatowych garniturach z niebieską koszulą z kołnierzykiem typu „Słowackiego”. Obowiązkowo do naszych uniformów musiała być przyszyta tarcza. Obowiązywały także jednolite nakrycia głowy, u dziewcząt berety, u chłopców charakterystyczne uczniowskie czapki z daszkiem. Ponadto włosy u chłopców musiały być krótko ostrzyżone. U dziewcząt o jakimkolwiek makijażu, manicure czy farbowaniu włosów, spódniczce „mini” czy tym podobnej rzeczy nie mogło być mowy. Wszystko to kontrolował przy wejściu do szkoły dyżurujący nauczyciel a także zwracali uwagę nauczyciele, prowadząc lekcje. Nie było też do pomyślenia, aby uczniowie przeszkadzali na lekcjach, rozmawiali itp., nie mówiąc już o znanych z ostatnich doniesień skandalicznych zachowaniach uczniów w odniesieniu do nauczycieli w niektórych szkołach. Czasami tylko na nudnawych lekcjach z niektórych przedmiotów udawało się ukradkiem zagrać w „okręty”. Dodam, że były także nakładane na uczniów kary w postaci zakazu opuszczania po lekcjach mieszkania lub internatu. Oceniam, że jakiś „wkład”, w to, że taka dyscyplina w liceum istniała, miał nasz wychowawca. Dzięki swoim perswazyjnym umiejętnościom spowodował także, że wszyscy wstąpiliśmy do ZMS-u, by stać się „młodą gwardią proletariackich mas” – jak głosiły słowa hymnu tej organizacji. Latem 1966 roku, jako rzekomy aktywista Koła Młodych Racjonalistów (w obozie mogli uczestniczyć tylko aktywiści), wyjechałem nawet na obóz szkoleniowy do Ustronia Morskiego. Pojęcie „racjonalista” było dla mnie abstrakcją, kojarzyło mi się najbardziej z racjonalizatorstwem, dopiero na miejscu, lekko zaszokowany, przekonałem się, co ono oznacza. W trakcie pobytu na obozie 22 lipca wziąłem udział w pamiętnej defiladzie Tysiąclecia w Warszawie.

Myślę jednak, że takie rygory, które obowiązywały w trakcie nauki w liceum, taka „szkoła życia” przydała się i wyszło to nam na dobre. „Zahartowani” w ten sposób, później nie poddawaliśmy się tak łatwo różnym przeciwnościom losu. Szczególnie przydało mi się to w czasie mojej żołnierki. Sądzę też, że wpojone wtedy zdyscyplinowanie pozostało nam do dziś. To, oraz mocne poczucie więzi ze szkołą spowodowało, że nasza klasa pobiła na ostatnim zjeździe absolwentów swoisty rekord frekwencji. Na spotkanie przybyła dokładnie połowa absolwentów. Takiej frekwencji nie odnotowano w żadnej innej klasie.

Eugeniusz znał się z moim ojcem, i to chyba z tego powodu trafiłem do jego klasy. Mieli nawet samochody tej samej marki – „wartburgi –1000”, ojciec koloru kości słoniowej, Eugeniusz koralowego. W wakacje poprzedzające rozpoczęcie nauki w liceum wyjechaliśmy nawet na wspólną wycieczkę tymi właśnie samochodami do ówczesnego NRD, do Prenzlau i Neubrandenburga – miejscowości położonych na Pojezierzu Meklemburskim i znajdujących się w tzw. pasie konwencji.

Życie towarzyskie w Człuchowie w latach sześćdziesiątych toczyło się według innych kanonów, niż dzieje się to obecnie. Mój wychowawca był dość częstym gościem w moim domu jak i w domach moich szkolnych koleżanek i kolegów. Nie oznaczało to absolutnie taryfy ulgowej dla nas na zajęciach. Wprost przeciwnie, po takiej wizycie można było spodziewać się wywołania do odpowiedzi, „żeby uczeń sobie za wiele nie myślał”.

Po zdaniu przeze mnie matury zaoferował pomoc przy egzaminach na studia w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Koszalinie na Wydział Budownictwa Lądowego. Mojemu śmiertelnie choremu ojcu przyrzekł, że zaopiekuje się mną właśnie jak rodzony ojciec. Niestety nie zdałem egzaminu i nie zostałem przyjęty na uczelnie. Prysł jak przysłowiowa bańka mydlana mój plan zostania architektem lub inżynierem budownictwa, o których to zawodach marzyłem od dzieciństwa. Jednak pretensje mogłem mieć tylko do siebie, gdyż wina bezspornie leżała po mojej stronie. Namawiał mnie do podjęcia próby startu na wybraną uczelnię i upragniony kierunek za rok, oferując przy tym przez ten okres intensywne korepetycje. Jednak jeszcze w tym samym roku zostałem przyjęty do szkoły oficerskiej. Po latach przyznał, że nie raz myślał, jak w tym wojsku mi się wiedzie. Patrząc z obecnej perspektywy nie żałuję, że moja zawodowa droga tak się potoczyła, jednak zawsze architekturę i budownictwo traktowałem jako moje niespełnione życiowe marzenie.

Ucieszył się też z mojego ostatniego awansu. Podczas III Zjazdu Absolwentów musiał lekko wspiąć się na palcach, by przekonać się, że mój pagon został w pełni „zagospodarowany”. Wtedy widzieliśmy się po raz ostatni. Przeszliśmy nawet na „ty”, co wśród niektórych moich kolegów wzbudziło święte oburzenie. Myślę, że to oburzenie było na wyrost, wręcz bezzasadne, gdyż po latach znikł ten dystans, który normalnie funkcjonuje między uczniem i nauczycielem. Wspomniał w trakcie tego spotkania o kryształowym, misternie wyrzeźbionym kielichu, otrzymanym wiele lat temu od mojego ojca. Otrzymał go z okazji narodzin córki. Teraz z kolei zamierzał podarować go tej właśnie córce z okazji narodzin jej dziecka.

Z Profesorem rozmawiałem jeszcze jesienią 2000 roku. Wtedy to zorganizowany został zjazd koleżeński z okazji pięćdziesiątych urodzin absolwentów liceum z 1968 roku.. Wspominałem o nim swego czasu na łamach „Merkuriusza”. Zadzwoniłem z pytaniem, czy zechciałby na ten zjazd przyjechać. Podziękował za zaproszenie, ale odmówił przyjazdu tłumacząc się złym stanem zdrowia. Prosił, aby przekazać jego pozdrowienia uczestnikom spotkania. Nie sądziłem wtedy, że jest aż tak źle. Był już po operacji, po której lekarze wydali wyrok: najwyżej trzy miesiące życia. Nie godząc się z tym okrutnym wyrokiem przeżył jeszcze prawie rok. Zmarł 13 lipca 2001 roku. Tę wiadomość trudno było przyjąć w odniesieniu do Niego jako człowieka zawsze tryskającego życiową energią.

Był niezwykle zaradny życiowo i zapobiegliwy. Przy nim zawsze czułam się bezpiecznie. Nie było trudnej sytuacji, z której nie znalazłby wyjścia” - wspomina żona Jadwiga. „Strasznie mi Go brakuje”- dodaje po chwili.

Całe życie marzył o mieszkaniu z widokiem z okna na morze. Gdy taka sposobność się nadarzyła nie wahał się ani chwili. Sprzedał z wielkim trudem wzniesiony w Człuchowie dom i przeniósł się do Świnoujścia. W ten sposób spełniło się jego życiowe marzenie. Decyzję o przeprowadzce tym łatwiej było mu podjąć, gdyż prowadzenie dużego domu z obszernym ogrodem, na dodatek po przebytym zawałach, stanowiło coraz większą trudność. W Świnoujściu dość szybko rozeszła się wieść o nim jako znakomitym nauczycielu matematyki. Wkrótce uczniów chętnych do pobierania korepetycji nie brakowało.

W opinii niektórych przedstawicieli człuchowskich władz oświatowych pewne jego poczynania budziły kontrowersje, jednak w naszej wdzięcznej uczniowskiej pamięci zapisał się jako dobry, wymagający, ale sprawiedliwy nauczyciel i wychowawca. Jestem przekonany, że należy pamiętać, iż wśród grona pedagogicznego liceum byli nauczyciele z takim podejściem do wykonywanego zawodu i z taką charyzmą jak On.