Home Wasze wspomnienia... Pierwsze lata w powojennym Człuchowie. Cz. 2.
Pierwsze lata w powojennym Człuchowie. Cz. 2. PDF Drukuj Email
Wpisany przez Wanda Stoltman   

 

Rok 1952

 

Po przyspieszonym ukończeniu szkoły powszechnej zostaliśmy dopuszczeni do egzaminu wstępnego. Polegał on na napisaniu z języka polskiego zadania z wyobraźni. Pamiętam, że napisałam zadanie krajobrazowe o tym, co mnie otaczało, i o zachodzącej złotej kuli słońca. Dostałam za nie stopień dobry. Była też matematyka, którą pokonałem z łatwością.

Zostałam więc przyjęta do grona uczniów gimnazjum. Podobnie została przyjęta moja siostra Helena. Na początek było 37 uczniów. Wystarczyło jedynie na utworzenie dwóch klas. Moja siostra zakwalifikowała się do klasy II-ej. Wiek uczniów był dosyć rozstrzelony- od rocznika 1926 do 1932. Moja siostra rocznik 1929, poszła do klasy II-ej, gdyż dyrektor uznał, że lepiej rodzeństwo rozdzielić. Gimnazjum zostało zlokalizowane w budynku szkoły powszechnej (podstawowej) przy obecnej ulicy Szczecińskiej 8. Wydzielono nam 3 klasy: dwie dla uczniów i trzecia na pokój nauczycielski. Pierwszymi pedagogami byli Marcin Gołąb i prof. Jan Adamczyk, o którym wcześniej wspominałam. Podzielili między siebie przedmioty z tym, że języka polskiego, matematyki i biologii uczył dyrektor, a prof. Adamczyk języka łacińskiego, francuskiego, historii i geografii. Ksiądz Wiktor Stoltman nauczał religii. W późniejszym okresie doszedł prof. Józef Berent, który wrócił z wojny i przejął od dyrektora biologię. Wprowadzona też została lekcja śpiewu, którą również prowadził prof. Berent. Śpiewanie rozwinęło się na śpiew chóralny. Występowaliśmy często na akademiach, a nawet wspomagaliśmy chór kościelny. W następnej kolejności grono pedagogiczne powiększyło się o matematyka prof. Kazimierza Mroza. Uczył nas też fizyki, ale w prowadzeniu lekcji matematyki był rewelacyjny i cierpliwy. Potrafił najbardziej opornego ucznia nauczyć tego przedmiotu.

Rok 1953

 

Jeśli chodzi o młodzież, był to zlepek osób z różnych regionów Polski. Dyrektor miał ciężkie zadanie, żeby nas nauczyć poprawnej wymowy, nie mówiąc już o ortografii. Najwięcej problemów stwarzał nam brak książek. Na istniejące dwie klasy były tylko dwie książki z języka polskiego ,,Mówią wieki”. Dostęp do obowiązkowych lektur mieliśmy poprzez objazdową bibliotekę ,,Czytelnik”. Była to duża skrzynia, pełna książek i musieliśmy szybko czytać bo termin do następnej zmiany był krótki. Rozpowszechnianie książek wśród uczniów odbywało się na takiej zasadzie, że dyrektor czytał tytuł książki, a kto pierwszy podniósł rękę, ten otrzymał książkę. Z innymi przedmiotami było jeszcze gorzej bo wcale nie mieliśmy książek, miał ją jedynie wykładowca. Lekcje nasze wyglądały w ten sposób, że pisaliśmy to co profesor na lekcji wykładał. Później w domu jeszcze raz przepisywaliśmy te hieroglify, żeby się przygotować do lekcji na następny dzień. Dyrektor nie mógł przeboleć faktu, że nikt z nas nastolatków nie był nigdy  teatrze. Zorganizowaliśmy więc własny szkolny teatrzyk, żeby zrobić dyrektorowi przyjemność. Wystawialiśmy sztukę ,,Wiesław” Bałuckiego.

Później przyszedł czas na harcerstwo. W pierwszej kolejności powstała drużyna żeńska. Drużynową hufca została nauczycielka, pani Leśnicka. Poza jedną dziewczyną reszta nie posiadała jeszcze mundurków harcerskich, co widać na zdjęciu. Kiedy powstała już drużyna męska, to drużynowym ogólnym został pan Eugeniusz Harasimowicz. Funkcję tę pełnił niezbyt długo, ponieważ zginął pod kołami pociągu. Kolejnym harcmistrzem został nasz profesor Jan Adamczyk. To były najpiękniejsze czasy. Organizowaliśmy wycieczki, na których zdobywaliśmy sprawności z różnych dziedzin. Śpiewom nie było końca. Dawaliśmy temu wyraz m.in. na pochodach pierwszomajowych.

 

Rok 1954

 

Wreszcie nadszedł smutny czas inwigilacji dyrektora. Wszyscy znali jego poglądy. Nie mógł się pogodzić z ówczesną rzeczywistością. Uważał ją za czwarty rozbiór Polski. Był gorącym patriotą i zwolennikiem Polski sprzed 1939 roku. Na przekór tendencjom antykościelnym ze strony władz w każdą niedzielę rano musieliśmy się stawić do szkoły, a dyrektor odfajkowywał obecność i młodzież grzecznie szła parami na mszę do kościoła. Pewnego razu w dniu 3 maja 1946r. zwołał nas do auli i wygłosił prelekcję na temat znaczenia dla Polski Konstytucji 3 maja. W trakcie tej prelekcji zjawił się w auli funkcjonariusz UB, co świadczyło, że wśród uczniów mieliśmy donosiciela. Po wytropieniu, kto nim był, uczeń przeniósł się do gimnazjum w innym mieście. Pozycja dyrektora po 3-majowym wykładzie mocno została zachwiana. ,,Trzecio majowe” wystąpienie prof. Gołąba odczytane zostało przez ,,ubecję” jako szkodliwe wychowawczo oraz wrogie wobec władzy ludowej. Zaczęło się nękanie i szykanowanie typowe w ówczesnych czasach. Często otrzymywał pisma z biura UB. Odsyłał je bez odpowiedzi, poprawiając jedynie czerwonym ołówkiem błędy ortograficzne. Później coraz częściej zjawili się w pokoju dyrektora. Jedno zdarzenie pamiętam, jak funkcjonariusz UB wszedł do naszej klasy z wielkim psem w czasie lekcji matematyki, którą prowadził dyrektor: Dyrektor nakazał mu natychmiast wyjść z klasy, ale do chwili przerwy, nikt z nas nie był zdolny skupić uwagi na przedmiocie, jedynie na grubej czerwonej żyle, która przyozdobiła łysą głowę dyrektora. Wcześniej zaraz po 3-cio majowym wystąpieniu ciosem dla niego stał się fakt odebrania mu prawa do udziału w referendum, tzw. ,,3x tak” w dniu 30.06.1946r. odczuł to boleśnie. Mimo to nie zaniechał kształtowania nas w duchu patriotycznym i co tu dużo mówić- w opozycji do władzy. W powstaniu warszawskim z czworga dzieci stracił troje- dwóch synów i jedyną córkę. Osobiste przeżycia w czasie wojny, jak i stosunek władzy do powstania warszawskiego rzutowało także na wybór lektur.  Cytował nam fragmenty poezji romantycznej nie omijając ,,Ojca zadżumionych” Juliusza Słowackiego. Krótki fragment tego poematu brzmiał następująco:


,, Trzy razy księżyc odmienił się złoty,

Jak na tym pisaku rozbiłem.

Maleńkie dziecko karmiła mi żona,

Prócz tego dziecka, trzech synów, trzy córki,

Cała rodzina dzisiaj pogrzebiona.”


To była aluzja do jego tragicznych przeżyć.

 

Rok 1955

Zbliżał się koniec roku szkolnego 1947/48. Było już wiadomo, że w szkolnictwie od nowego roku zostanie wprowadzona reorganizacja. Naszego dyrektora już nie uwzględniono w nowym systemie. Przez lata obecności z nami jego pragnieniem było, żebyśmy pojechali do Krakowa i Zakopanego. Kraków, jak powiadał, to żywa karta historii polskiej. W górach natomiast sugerował, żebyśmy pili wodę prosto ze źródeł. Życzeniu dyrektora stało się zadość. Wraz z profesorami i jedną z matek, panią Marią Knabe, notabene założycielką restauracji ,,Warszawianka” w Człuchowie (dlatego ,,Warszawianka”, ponieważ ta pani pochodziła z Warszawy). Pojechaliśmy na tę wycieczkę, zwiedzając po drodze palmiarnię w Poznaniu. Kraków istotnie zrobił na nas wrażenie. Byliśmy też w teatrze im. Juliusza Słowackiego. W górach piliśmy wodę nie z kubków, lecz leżąc bezpośrednio na skałach. Była przepyszna. Każdy powinien takiej wody spróbować. Wróciliśmy do domu zachwyceni, a dyrektor był zadowolony, że spełniło się jego marzenie.



Po miłych przeżyciach na wycieczce, spotkał nas kolejny cios. Przyszły odgórne dyrektywy do szkół, że harcerstwo w takiej formie jak dotychczas, nie może dalej istnieć. Znów drużyna żeńska, w pełnym umundurowaniu zrobiła sobie tym razem pożegnalne zdjęcie.


Wraz z końcem roku szkolnego nieuchronnie zamykał się dla nas pewien rozdział naszego życia. Grono pedagogiczne było tego samego zdania. W związku z tym zdecydowali o zrobieniu wspólnego z nami zdjęcia. To miła pamiątka z najlepszych lat szkolnych. Często otwieram tę stronę albumu.


Profesora, dyrektora Marcina Gołąba już więcej nie spotkałam. Wyjechał do Gorzowa Wielkopolskiego i tam w seminarium duchownym uczył języka polskiego. Po kilku miesiącach zmarł. Pochowany został w swoim ukochanym mieście, w Krakowie.


Artykuł pochodzi z "Merkuriusza Człuchowskiego", nr 2-3/2005



 

Kontakt

Jeśli jesteś Absolwentem LO

lub chcesz z nami nawiązać współpracę,

Zapraszamy do kontaktu:


Zespół Szkół Gimnazjalnych
i Ogólnokształcących
im. St. Czarnieckiego

ul. Kusocińskiego 1

77-300 Człuchów


tel. 59 83 42 407

loczluchow@onet.eu