Wspomnienia licealisty. PDF Drukuj Email
Wpisany przez Aleksander Stawicki   


1968 4d

Niedawno hucznie obchodzony jubileusz 50-lecia Liceum Ogólnokształcącego w Człuchowie skłonił mnie do szeregu refleksji, wspomnień i chęci podzielenia się z nimi z Szanownymi Czytelnikami.

 

Moją edukację w człuchowskim liceum rozpocząłem w 1964r. Z uczuciem ogromnego respektu i jednocześnie dumy przekraczałem progi szkoły, bowiem cieszyła się ona w miejscowym środowisku bardzo dobrą opinią. Czteroletnią naukę i pobyt wspominam bardzo mile. Nie tylko nauka wypełniała szkolny czas. Dzięki dużemu zaangażowaniu licealnych nauczycieli działały liczne organizacje, kółka zainteresowań, zespoły sportowe i artystyczne.

 


Do dzisiaj z wielkim sentymentem wspominam swoje uczestnictwo w działalności zespołu tanecznego, prowadzonego przez żonę ówczesnego dyrektora liceum, Panią Danutę Blechaczową. Zespół brał wielokrotnie udział w różnego rodzaju eliminacjach i konkursach na szczeblu województwa i regionu zdobywając liczne nagrody i wyróżnienia.

 


Udzielałem się też w redakcji szkolnego pisma ,, Lico” oraz w organizacji młodzieżowej, którymi kierował i opiekował się Pan Henryk Fajhauer. Oddając ducha osiągnięć technicznych tamtych lat, dodam, że wspomniane pismo było drukowane metodą powielaczową, co znacznie odbiegało od obecnych standardów jakościowych.

 


W czasie pobytu w liceum była sposobność rozwijania licznych zainteresowań. Po wielu latach doceniłem wielką wartość poznawczą i merytoryczną prowadzonych programów umuzykalniających, głównie z udziałem Koszalińskiej Orkiestry Symfonicznej.

 


Podstawowym zajęciem była oczywiście nauka. Oceniając z perspektywy lat czas spędzony w liceum, chcę podkreślić wysoki profesjonalizm licealnych nauczycieli oraz ich wymagania a także wierność starym dobrym przedwojennym wzorcom gimnazjalnym. Z tego powodu poziom nauki w odniesieniu do innych szkół tego typu był stosunkowo wysoki. Dzięki temu wielu absolwentów bez większych trudności mogło kontynuować studia wyższe.

 


Z uczuciem respektu ale jednocześnie i szacunku wspominam nauczyciela języka rosyjskiego Pana Józefa Lewandowskiego. Jego wymagalność a także i w późniejszym okresie pomoc sprawiły, że z powodzeniem mogłem studiować a akademii wojskowej w obecnym Sankt- Petersburgu.

 


Także ,,szlify ojczystego języka” zdobywane pod kierunkiem Pani Teresy Bagińskiej wykorzystałem w późniejszej pracy na szczeblu okręgu wojskowego, podczas trwania przewodu doktorskiego i wreszcie w wojskowej działalności dydaktycznej.

 


Wpojone przez Panią Jadwigę Loroch prawidła języka francuskiego sprawiły, że po ćwierćwieczu, odwiedzając Francję, porozumiewałem się tam bez większych trudności.

 


Oddając w miarę możliwości pełny obraz atmosfery lat licealnych, jestem zobowiązany dodać, że przede wszystkim za sprawą klasowego wychowawcy Pana Eugeniusza Jędrzejewskiego a także innych nauczycieli panował niewyobrażalny w dzisiejszych czasach rygor: obowiązywały jednolite granatowe mundurki (z niebieską koszulą z kołnierzykiem typu ,,Słowackiego”) bezwzględnie z tarczą, jednolite nakrycia głowy, włosy u chłopców musiały być krótko podstrzyżone itp.

 


Nierzadkie były też ,,inspekcje” nauczycieli w domach uczniów, szczególnie gdy zapowiadała się jakaś ,,prywatka”. Były także nakładane kary w postaci zakazu opuszczania po lekcjach mieszkania lub internatu. Niezapomniane będą ,,restrykcje”, jakie spotkały nas ze strony grona pedagogicznego po spontanicznym urządzeniu i kwietnia 1966 roku przez prawie wszystkich uczniów nielegalnego wówczas ,,dnia wagarowicza”.

 


Pomysł zorganizowania pochodu zrodził się w czasie długiej przerwy. Pomysłodawcami byli uczniowie klas maturalnych. Pochód przeszedł karnie przez główne ulice miasta i spokojnie powrócił do szkoły. Było to możliwe, gdyż natężenie ruchu samochodowego wówczas było znikome. Co niektórzy zmotoryzowani nauczyciele ,,eskortowali” nas swoimi samochodami.

 


W tym czasie w trybie pilnym zabrało się grono profesorskie, aby zastanowić się, jak nas, uczniów, ukarać. Między innymi zaangażowano miejscowych fryzjerów i chłopców ukarano wysokim ostrzyżeniem włosów. Cała ,,awantura” skończyła się, o ile pamiętam, obniżeniem stopnia ze sprawowania tym uczniom, którzy całą tę hecę zorganizowali.

 


Taka ,,szkoła życia” przydała mi się później, szczególnie w czasie czteroletniego pobytu w szkole oficerskiej. Sądzę, że przydała się ona również w jakimś stopniu wielu moim koleżankom i kolegom z ławy szkolnej. Chciałbym wspomnieć przy tej okazji moją koleżankę, także z racji posiadanego stopnia doktorskiego, Marysię Suską, z domu Babińską, kolegów: Andrzeja Skowrońskiego- profesora zwyczajnego matematyki w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, Zbyszka Słabickiego- właściciela i prezesa firmy komputerowej BECR w Bostonie (USA) oraz magistra Andrzeja Trojanowskiego- dyrektora XXIV Liceum Ogólnokształcącego w Poznaniu.

 


Andrzej Skowroński miał wybitne zdolności w wielu dziedzinach, a przede wszystkim w matematyce. Często z tego przedmiotu prowadził zajęcia z nami zastępując bardzo zajętego różnymi sprawami naszego wychowawcę a jednocześnie nauczyciela matematyki.

 


Andrzej po zdaniu matury złożył podanie o przyjęcie na studia w Politechnice Gdańskiej. Bardzo szybko, pod ogromną presją Pana Jędrzejewskiego, wycofał się z tego zamiaru i rozpoczął studia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu na Wydziale Matematyki.

 


Pamiętam, że Zbyszek Słabicki zawsze marzył o tym, aby wyjechać na stałe na Zachód. Chciał się za wszelką cenę wydostać z otaczającej nas siermiężnej rzeczywistości ówczesnych czasów. Zrealizował z powodzeniem swój plan, ale po latach opowiadał mi, jakim kosztem udało mu się uzyskać obecnie zajmowaną pozycję w amerykańskim społeczeństwie. Na marginesie dodam, że nauczyciel języka rosyjskiego mylił często nas i nasze zjawiska przy wywołaniu do odpowiedzi, co stwarzało humorystyczne sytuacje.

 


Z wieloma koleżankami i kolegami z ławy szkolnej i z lat licealnych utrzymuje do dzisiaj serdeczne i przyjacielskie kontakty. Na przykład mój starszy syn kontynuuje naukę w liceum w Poznaniu, którego dyrektorem jest Andrzej Trojanowski. Niedawno też odwiedziłem mieszkających w Belgii Andrzeja i Iwonę Szelestów oraz Teresę Słabicką mieszkającą w Londynie- także absolwentów człuchowskiego liceum.

 


Na zakończenie chciałbym zwrócić uwagę na pewien zbieg okoliczności. W latach sześćdziesiątych liceum nadano uroczyście imię Stefana Czarnieckiego. Swoją wieloletnią służbę wojskową zakończyłem na stanowisku adiunkta w wyższej szkole oficerskiej, którą ukończyłem w 1972 r., która po reorganizacji nosi również imię tego Wielkiego Polaka, co ,,nie z roli ani z soli...”.

 


I jeszcze jedna uwaga. W bieżącym roku mija właśnie trzydzieści lat, gdy w maju pomyślnie zdałem maturę, dzięki czemu później mogłem z powodzeniem wkroczyć w dorosłe życie.

 


Nie sposób w tej krótkiej refleksji oddać całego bogactwa przeżyć i doświadczeń lat licealnych. Gdy przebywam w odwiedzinach w Człuchowie, nierzadko zmierzam w kierunku rozbrzmiewającego gwarem młodzieży licealnego budynku, by snuć wspomnienia, które starałem się streścić i zaprezentować z powyższym artykule.