Pozjazdowe refleksje. PDF Drukuj Email
Wpisany przez Aleksander Stawicki   



„Wspomnienia to skarb,

ale trzeba je umieć odkurzać”

Stefan Kisielewski


Niedawno uroczyście świętowano 60. rocznicę utworzenia Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego w Człuchowie. Zorganizowano z tej okazji czwarty już ogólnoszkolny zjazd jego absolwentów. Odpowiedzieli oni na zew macierzystego „ogólniaka” i organizatorów zjazdu. Szczególnie absolwenci starsi wiekiem przybyli licznie jakby przeczuwając, że teraz właśnie trzeba przyjechać, że jest to może jedna z ostatnich okazja by pokłonić się swojej szkole.
Myśl o przemijaniu życia skłoniła ich do przyjazdu tu, gdzie w szkolnych murach spędzili z koleżankami i kolegami na dobre i na złe cztery lata. Szczególnie, że przerzedzają się szeregi nie tylko licealnych profesorów, ale także koleżanek i kolegów ze szkolnej ławy. Niektórych zabrakło nie dlatego, że nie chcieli przyjechać, ale dlatego że ich już po prostu nie ma pośród nas. Ich pamięć uczczono symboliczną minutą ciszy. Mam osobistą satysfakcję, iż udało mi zmobilizować niektóre koleżanki i kolegów do przyjazdu, co zaowocowało tym, że nasza klasa z rocznika 1968 była najliczniej reprezentowana, gdy z innych klas nie było nikogo lub tylko jedna osoba.

Zjazd był wspaniale przygotowany. Pomysłodawcom i organizatorom należą się słowa uznania i podziękowania. Na pewno na łamach „Merkuriusza” zostanie przedstawiona relacja z tego wspaniałego i niezwykłego wydarzenia. Ze zdumieniem jednak przyjąłem informację, że w Człuchowie obecnie nie działa żaden chór, który mógłby uświetnić na przykład uroczystą liturgię Mszy św. sprawowanej w człuchowskim kościele w intencji profesorów, absolwentów i uczniów liceum. Dzieło podjęte przed laty przez Panią Otylię Myczkowską i przez wiele lat realizowane nie jest kontynuowane. Czyżby w 15-tysięcznym mieście nie było godnego następcy (następczyni) Pani Otylii ?

1968 4d


Jak wspomniałem był to już czwarty w historii szkoły zjazd. Poprzednie miały miejsce w latach: 1970, 1981 i 1995. Każdy z nich miał nieco inny charakter i odbywał się w innej otoczce społeczno-politycznej kraju. Zjazd w 1970 roku odbył się u schyłku gomułkowszczyzny przed tragicznymi wydarzeniami grudniowymi na Wybrzeżu, w 1981 roku, gdy po Sierpniu 1980 i entuzjastycznym „wybuchu” „Solidarności” kruszały podwaliny PRL-u i niemal cały kraj strajkował – lecz w niedalekiej perspektywie czaił się mrok stanu wojennego, natomiast w 1995 roku już w suwerennym kraju zaledwie kilka lat po transformacji ustrojowej. Obecny zjazd przebiegał w atmosferze wyborczej gorączki po wyborach parlamentarnych i przed wyborami prezydenckimi.

Nie tylko braliśmy udział w oficjalnych uroczystościach, ale w swobodnej atmosferze przy kawiarnianym stoliku była okazja by porozmawiać o bytowych bolączkach niektórych z nas, lecz także o zawodowych osiągnięciach i rodzinnym szczęściu. My już „swoje” osiągnęliśmy, ale przyjemnie było słuchać o sukcesach naszych latorośli. W większości kontynuują studia lub je pokończyli, wielu rozpoczęło i kontynuuje doktoraty.

Ja chciałbym jednak zwrócić uwagę na inny aspekt zjazdów. Otóż takie uroczystości i wydarzenia zawsze skłaniają do refleksji i wspomnień. O swoich przeżyciach związanych z nauką w liceum wspominałem na łamach „Merkuriusza” jakiś czas temu, ostatnio opisywałem także swój udział w licealnym zespole tanecznym. W trakcie zjazdu koleżanki i koledzy z mojej klasy obok innych zdarzeń wspominali naszą klasową wycieczkę.



zjazd

Właśnie jednym z elementów czasu pobytu w szkole były i są nadal szkolne wycieczki. U progu mojej nauki nieżyjący już nasz wychowawca klasy, Eugeniusz Jędrzejewski rzucił hasło do zorganizowania pod koniec naszego pobytu w liceum wycieczki zagranicznej. Takie hasło nas elektryzowało. W grę oczywiście wchodziły państwa tak zwanego obozu socjalistycznego a nawet Jugosławia, która formalnie do tego obozu należała ale traktowana wtedy pod względem podróży jako kraj kapitalistyczny. Propozycja była zatem bardzo interesująca. Był tylko problem zebrania odpowiednich funduszy. Na finansową pomoc rodziców nie wszyscy mogli liczyć. Wyjściem z sytuacji było zebranie pieniędzy we własnym zakresie. Taką możliwość dawało aktywne uczestnictwo w tak zwanych „wykopkach”. Młodszym czytelnikom godzi się w tym miejscu wyjaśnić, że była to ogólnokrajowa jesienna akcja zbioru ziemniaków. Ponieważ istniejące w tym czasie Państwowe Gospodarstwa Rolne (w skrócie pegeery) nie mogły we własnym zakresie poradzić sobie z tym przedsięwzięciem, angażowano to tej akcji między innymi wojsko, a za niewielką opłatą również i uczniów. Za zgodą władz oświatowych przez kilka dni w październiku każdego roku zamiast do szkoły jechaliśmy do różnych PGR-ów w okolicach Człuchowa zbierać ziemniaki. Kwestia dotyczyła tylko gospodarstw państwowych, indywidualny rolnik musiał z problemem poradzić sobie sam.

Jak wspomniałem, perspektywa wycieczki zagranicznej w owym czasie była bardzo kusząca, dlatego pracowaliśmy ze wszystkich sił, aby zgromadzić jak najwięcej funduszy. Zbieraliśmy je przez pierwsze trzy lata naszej nauki w liceum, aby na początku czwartego roku zrealizować nasz cel. Niestety wtedy okazało się, że to, co uzbieraliśmy wystarczy tylko na wyjazd w ramach naszego kraju - i tak też się stało.

Trasa naszej 10-dniowej wycieczki przebiegała, ujmując to w dużym uproszczeniu, dookoła Polski wzdłuż jej granic. Podróżowaliśmy wynajętym z PKS-u zwykłym, lekko już zdezelowanym autobusem marki „Jelcz”. Oczywiście nie było w nim tych wygód, które powszechnie spotykamy we współczesnych autokarach. Mam tu na myśli między innymi rozkładane lotnicze fotele, klimatyzację, toalety, barek, magnetowid itp. O takich luksusach wtedy nam nawet się nie śniło. Naszym kierowcą był Pan Alfons Rybak, późniejszy właściciel człuchowskiej taksówki z charakterystycznym numerem 13 i rejestracją EC 1313. Dzięki jego fachowości bezpiecznie odbyliśmy naszą podróż. Nie było też po drodze żadnej awarii. W tamtych czasach przy ówczesnej jakości techniki „rozkraczenie się” autokaru na trasie nie było wcale rzadkością.

Naszym opiekunem był oczywiście wychowawca klasy Eugeniusz Jędrzejewski, który podróżował ze swoją żoną Jadwigą i córką. Z ramienia grona pedagogicznego opiekowała się nami również nasza nauczycielka geografii, pani Jadwiga Wieliczko. Ona zadbała o to abyśmy odwiedzili najpiękniejsze zakątki naszego kraju. Ona tez pomagała nam w zorganizowaniu całego przedsięwzięcia.

W początkowym etapie wycieczki podróżowaliśmy wzdłuż zachodniej granicy (Gorzów Wlkp., Krosno Odrzańskie, Żagań) i dotarliśmy do Karkonoszy – największego i równocześnie najwyższego masywu górskiego w obrębie Sudetów. Tu między innymi w Szklarskiej Porębie wjechaliśmy wyciągiem krzesełkowym na Szrenicę i podziwialiśmy przeuroczy wodospad Szklarki. Z perspektywy słynnego „zakrętu śmierci” podziwialiśmy przepiękną panoramę Karkonoszy a w szczególności obielony szczyt Śnieżki. W sąsiednim Karpaczu zwiedziliśmy najwspanialszy zabytek w tym mieście - malowniczą świątynię Wang- bezcenne sakralne dzieło dawnej sztuki nordyckiej - zbudowaną na przełomie XII i XIII wieku w Norwegii i w XIX wieku przeniesioną w Karkonosze.

z

Na naszej trasie nie mogło zabraknąć Oświęcimia i byłego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau – symbolu terroru i ludobójstwa. Wstrząsające dla nas było zwiedzenie największego obozu zagłady dla Polaków i więźniów z całej Europy.

Później na trasie były najwyższe polskie góry Tatry o alpejskim krajobrazie i unikatowej szacie roślinnej z jego najciekawszymi miejscami (Morskie Oko, Wodogrzmoty Mickiewicza) i stolica polskich Tatr - Zakopane. W Zakopanem mieszkaliśmy w Domu Turysty położonym u zbiegu ulic Kościuszki i Krupówek. Najatrakcyjniejsze miejsca zostały oczywiście uwiecznione pamiątkowymi fotografiami.

Z kolei dotarliśmy do Bieszczadów, wtedy jeszcze o dość dzikim charakterze. Tu niestety objechaliśmy tylko tak zwaną „pętlę bieszczadzką”. Ponieważ działo się to już w późnych godzinach wieczornych, pożytek krajoznawczy był znikomy. Na nocleg zatrzymaliśmy się w Lesku. Z Bieszczadów dotarliśmy do Łańcuta słynącego ze wspaniałego zespołu pałacowo-parkowego. Zwiedziliśmy także mieszczące się stajniach i powozowniach unikatowe w skali europejskiej Muzeum Powozów.

Kolejną miejscowością na naszej trasie był przeuroczy Kazimierz Dolny nad Wisłą. Szczególnie urzekła nas architektura bajkowych kamieniczek, niektórych z attykami na dachach – perły polskiego renesansu - i urok charakterystycznej drewnianej studni stojącej pośrodku rynku, która jest jednym z symboli miasta. Nad miastem górują ruiny zamku, a wzdłuż rzeki ciągnie się wał – wszystkie te widoki już od dwóch stuleci inspirowały malarzy, za którymi tak jak i my, zaczęli przybywać turyści. Tu zatrzymaliśmy się na nocleg. Z Kazimierza Dolnego udaliśmy się do malowniczo położonego Drohiczyna, gdzie nocowaliśmy a następnie do Puszczy Białowieskiej – znanego na całym świecie symbolu polskiej przyrody. Zobaczyliśmy żubry a także podziwialiśmy rzadkie gatunki roślin. Od przewodnika dowiedzieliśmy się, że król Władysław Jagiełło w puszczy zgromadził zapasy dziczyzny dla swoich wojsk przed bitwą pod Grunwaldem. Zasolone mięso spławiono w beczkach Narwią do Wyszogrodu.

z


Następnie udaliśmy się do polskiej krainy tysiąca jezior - na Mazury. Odwiedziliśmy Giżycko słynące z XIX wiecznej twierdzy. Tam też odbyliśmy rejs statkiem po pobliskim jeziorze Mamry. Aby zachęcić kapitana statku do rejsu jeden z naszych kolegów pobiegł do pobliskiego sklepu po argument w postaci półlitrowej butelki z wiadomym płynem.

W Gierłoży koło Kętrzyna zwiedziliśmy jeden z najsłynniejszych tajnych obiektów II wojny światowej – główną kwaterę Adolfa Hitlera nazywaną Wilczym Szańcem. Wywiady – radziecki i aliancki – nigdy nie zdołały zlokalizować jej położenia i nawet okoliczna ludność nie wiedziała, co naprawdę się tutaj kryło. Potężne betonowe bloki oraz bunkry wywarły u nas spory dreszcz emocji.

Następnie udaliśmy się w kierunku Bartoszyc. Ponieważ był to końcowy etap naszej wycieczki, za cichym przyzwoleniem wychowawców udaliśmy się na dancing w przyhotelowej restauracji. Po pewnym czasie musieliśmy odbijać „nasze” dziewczyny z rąk miejscowych podrywaczy i po prostu stamtąd wiać. W powrotnej drodze (miejscowości nie pamiętam) Pan Jędrzejewski zrobił nam dowcip i pod pozorem wyjścia na kolejny dansing wyprowadził nas o czwartej nad ranem na orzeźwiający spacer. Rano dotarliśmy do Chojnic celem odwiezienia jednej z koleżanek. Przez jej mamę cała klasa została zaproszona do domu na śniadanie, a po nim wyruszyliśmy do Człuchowa.

Zmęczeni, ale pełni wrażeń wracaliśmy do naszych domów no i do szarej szkolnej rzeczywistości. Przejechaliśmy około dwóch tysięcy kilometrów. Przed nami był czas wytężonej nauki. Czekał egzamin maturalny i dla większości z nas egzaminy wstępne na studia wyższe lub do innych szkół.