Home Wasze wspomnienia... O niedolach początkujących nauczycieli...
O niedolach początkujących nauczycieli... PDF Drukuj Email
Wpisany przez Teresa Bagińska   

 

T. Bagińska i J. Loroch

 

O niedolach początkujących nauczycieli czyli jak zostałam mieszkanką Człuchów. Historia, którą chcę opowiedzieć jest zupełnie osobista, ale w osobistych historiach odbijają się losy społeczności, ich problemy i atmosfera czasu. Dlatego moja opowieść może pouczająca zwłaszcza dla początkujących nauczycieli.


W 1953 roku ukończyłam studia polonistyczne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od miesięcy już słyszałam, że polskie szkoły czekają na nauczycieli. Trzeba tam jechać koniecznie, zwłaszcza, że na absolwentów czekają mieszkania, nawet umeblowane. Władze administracyjne i polityczne obiecują szczególną opiekę nad młodymi nauczycielami. Zanim studenci zdążyli zdać ostatnie egzaminy i odebrać dyplomy, rozpoczęła działalność komisja nakazów pracy Ministerstwa Oświaty.

Trzeba tu wyjaśnić, że absolwenci wyższych uczelni w tych czasach nie mieli swobody wyboru miejsca pracy, ale przez trzy lata musieli pracować tam, gdzie zostali skierowani.

Studenci mojego rocznika otrzymali do wyboru dwie propozycje: województwo bydgoskie i koszalińskie. Bydgoskie znałam trochę i nie podobało mi się, koszalińskiego nie znałam wcale, więc byłam go ciekawa. Przyjęłam więc nakaz pracy, który mnie zobowiązywał do zgłoszenia się w Kuratorium koszalińskim. Tu wybór był większy, bo w każdym mieście tego województwa potrzebni byli nauczyciele. Ponieważ o żadnych z nich nie wiedziałam nic, więc było mi wszystko jedno. O wyborze zdecydował przypadek, czyli rozmowa z wizytatorem Kazimierzem Mrozem, który dopiero objął swoje stanowisko a dotąd był nauczycielem matematyki w Liceum Ogólnokształcącym w Człuchowie. O szkole i o mieście opowiadał z taką miłością i tak gorliwie doradzał, że mu uwierzyłam, iż jest to najlepsze miejsce w województwie. 15 sierpnia przyjechałam do Człuchowa. Autobus przywiózł mnie od strony Chojnic i zatrzymał się na placu wybrukowanym kamieniami (plac Wolności). Pierwsze wrażenie było przygnębiające. Wokół rozciągała się pustka. Nie było nic pomiędzy pocztą a kościołem oraz tam, gdzie dziś jest dworzec PKS i Osiedle Wazów. Można się było domyślić, że niedawno usunięto gruzy. Pierwsza moja myśl była: Jak ja tu wytrzymam przez trzy lata?; a druga: Gdzie jest to mieszkanie, które czeka na mnie?

W szkole dowiedziałam się, że chwilowo mogę zatrzymać się w internacie, a potem się zobaczy.

W tym samym dniu dojechało jeszcze troje absolwentów- wszyscy do pracy w liceum (wtedy była to Państwowa 11 letnia Szkoła Ogólnokształcąca): Zofia Krupa- nauczycielka historii, Józef Mroczka-drugi polonista i Jerzy Zaborowski- matematyk. Internat mieścił się przy ulicy Wojska Polskiego pod numerem 36. Dano nam puste sienniki i pokazano kupę słomy na podwórzu. Mieliśmy sobie te sienniki wypchać i pomieszkać do końca sierpnia zanim zaczną przyjeżdżać uczniowie. Co będzie dalej, nikogo to nie obchodziło.

W urzędach władzy oświatowej miejskiej i powiatowej napotykaliśmy mur bezradności i obojętności. Tak to wtedy odczuwałam. Mieszkań nie ma, ale o zwolnieniu z nakazu pracy nie ma mowy. Jesteśmy potrzebni, musimy pracować, ale gdzie będziemy mieszkać, to nasze zmartwienie. Każdy musi sobie radzić sam.

Przeżywałam gorycz rozczarowania, pamiętając obietnicę, składane studentom na uniwersytecie. Pociechą był fakt, że było nas czworo i wszyscy w podobnej sytuacji. Wkrótce dołączył do nas nauczyciel przysposobienia wojskowego Edward Bagiński, który rok wcześniej podjął pracę w liceum. Znał już trochę środowiska i pomagał nam się zaaklimatyzować.

Mieszkań szukaliśmy po omacku, zaczepiając po prostu ludzi na ulicy  i rozpytując. W ten sposób znalazłam lokum na ulicy Jeziornej 20. Był to pokój na poddaszu około 10m2  ze ściętym sufitem, ściany czarne od lat nie malowane i oczywiście całkiem pusty, a ja nie miałam pieniędzy ani na malowanie ani na kupienie czegokolwiek.

Na szczęście otaczali mnie życzliwi ludzie. Kolega Bagiński podjął się malowania, okazało się później, że pierwszy raz trzymał pędzel w ręku. Ze szkolnego strychu przyniósł metalowe łóżko, jedno z tych, które były zgromadzone tam dla kolonii letnich, a z magazynu przysposobienia wojskowego – dwie menażki. Najbliższa sąsiadka, pani Irena Kęska, pożyczyła mi stół z przedszkola, którego była kierowniczką, a sąsiedzi z dołu państwo Myszkowie, przynieśli wiklinowy fotel. Pozwolili mi też składać w swojej piwnicy chrust uzbierany w lesie, bo na kupienie węgla długo jeszcze nie było mnie stać.

Jednak władze polityczne zainteresowały się mną, nie warunkami oczywiście, tylko ,,obliczem politycznym”. Polegało to na tym, że poddano mnie obserwacji. Jako ,,opiekun- specjalista” trafił mi się inspektor komitetu powiatowego PZPR, który sądząc z wyglądu mógł mieć 19-20 lat i dopiero co ukończył zasadniczą szkołę rolniczą. Należał jednak do ludzi najbardziej wykształconych w komitecie. Zwizytował mnie na lekcji w klasie maturalnej, a omawianie tej lekcji mogłoby być scenariuszem wesołej komedii satyrycznej. Obserwacja trwała jeszcze dość długo, bo gdy dwa lata później przygotowywałam inscenizację ,,Lilii” Adama Mickiewicza i młodzież śpiewała jakąś starą zawodzącą pieśń, to zarzucano mi, że wyśpiewuję z uczniami kolędy, co było wysoce naganne.

W ciągu dwóch lat nie zmieniło się nic w moich warunkach mieszkaniowych, choć miałam już rodzinę. Teraz we troje mieszkaliśmy na dziesięciu metrach kwadratowych i stało się zupełnie nieznośnie. Prace maturalne poprawiałam nad jeziorem, bo w domu nie było miejsca. Nic nie zapowiadało odmiany, nie robiono mi nawet żadnej nadziei.

Wreszcie zbuntowałam się, nie zważając na konsekwencje, jakie mogły mnie spotkać. Były to czasy jeszcze stalinowskie, Stalin nie żył dopiero od dwóch lat, a odwilż zaczęła się nieco później.

Narobiłam władzy trochę kłopotów i strasznie się naraziłam swoim nielojalnym zachowaniem, a taka niewdzięczność za opiekę nie była wtedy tolerowana. Naraziłam się upublicznieniem  swojej nędzy i spowodowaniem inspekcji z zewnątrz.

Skończyło się tak, że Miejski Komitet PZPR, który zajmował lokal przy ulicy Lipowej 2 (obecnie Plac Wolności) opróżnił go dla mnie, a sam przeniósł się do budynku Komitetu Powiatowego (obecnie szkoła rolnicza). W nowym mieszkaniu kuchnia była czarna od grzyba i toaleta w postaci drewnianego wychodka wspólna z sąsiadami, ale dwa duże pokoje pozwoliły mi poczuć się komfortowo w porównaniu z tym, co miałam dotąd.

Trójka moich przyjaciół, którzy razem ze mną przyszli do liceum, opuściła Człuchów.

Mnie zatrzymała wspaniała atmosfera w szkole, do której się bardzo przywiązałam. Bałam się, że gdzie indziej nie będzie tak miło.

I tak urodzona i wychowana na Mazowszu, po latach nauki w Dobrem pod Warszawą, potem w Gdańsku i w Toruniu, zostałam mieszkanką Człuchowa.

Opisałam tę historię po to, aby pokazać jedną z wielu dróg, które prowadziły do zaludnienia Człuchowa i całych Ziem Odzyskanych.

 

Kontakt

Jeśli jesteś Absolwentem LO

lub chcesz z nami nawiązać współpracę,

Zapraszamy do kontaktu:


Zespół Szkół Gimnazjalnych
i Ogólnokształcących
im. St. Czarnieckiego

ul. Kusocińskiego 1

77-300 Człuchów


tel. 59 83 42 407

loczluchow@onet.eu