Wykopki PDF Drukuj Email
Wpisany przez Aleksander Stawicki   
piątek, 12 lipca 2013 10:24



Od jakiegoś czasu, gdy wczesną jesienią przechadzam się pośród okolicznych pól i słyszę terkot traktorów a także chrzęst pracujących przeróżnych maszyn rolniczych, w mojej pamięci powracają wspomnienia z wielu akcji zbierania ziemniaków, popularnie nazywane wykopkami. Wszak jesień to właśnie, między innymi, tradycyjny czas wykopek. Przypominają się lata z ostatnich klas szkoły podstawowej i z wszystkich klas liceum.
Zawsze w końcu września lub na początku października we wspomnianych latach nauki wyjeżdżaliśmy do okolicznych pegeerów (Państwowych Gospodarstw Rolnych - gwoli wyjaśnienia młodszym czytelnikom, starsi pamiętają) zwanych niekiedy majątkami, których w okolicach  Człuchowa nie brakowało. Dzisiaj pamiętam nazwy tylko niektórych z nich: Krzyżanki, Kiełpin, Zagórki, Słupia, Jęczniki, Kujanki, Pakotulsko, Płaszczyca. „Jeździliśmy także do  Nieżywięcia” -  podpowiadała Jagoda Loroch, nauczycielka i wychowawczyni jednej z licealnych klas w tamtych latach.
Jak odbywało się to od strony organizacyjnej (kto i do kogo zgłaszał potrzeby liczby uczniów, jak ustalano terminy akcji itp.) tego nie wiem. Sądzę, że te kwestie były uzgadniane między tak zwanymi czynnikami, tj. dyrekcją szkoły, inspektoratem oświaty, dyrekcją pegeerów i może jeszcze innymi instytucjami. Wszak lekcje w danym dniu były „zerwane” i z pewnością wymagało to decyzji określonych władz. Moim zdaniem najwięcej do powiedzenia miał tu „czynnik partyjny”. Kompetentnie na ten temat mogliby się wypowiedzieć nauczyciele z tamtych lat. Towarzyszyła temu wszystkiemu akcja propagandowa: że tak trzeba, że to dla dobra kraju itp.
Od naszej, czyli uczniów strony najczęściej wyglądało to tak - wychowawca klasy oznajmiał nam, że następnego dnia wyjeżdżamy w godzinach rannych do określonego pegeeru (mogły się zdarzyć też przypadki, że nie wiedzieliśmy dokąd pojedziemy). My odpowiednio ubieraliśmy się, stosownie do zapowiadanej pogody, ale przede wszystkim mając na względzie to, że będziemy pracowali w polu. Zamienialiśmy codzienne, jednolite, granatowe fartuchy z białym kołnierzykiem oraz garniturki z niebieską koszulą i kołnierzykiem typu „Słowackiego” na pstrokate odzienie robocze. Szła w ruch mocno podniszczona odzież no i odpowiednie obuwie, najczęściej były to gumowce. Tak odziani gromadziliśmy się przy swoich wychowawcach, którzy sprawdzali listy obecności. Przed szkołą robiło się rojno i gwarno.
Uczucia mieliśmy mieszane. Z jednej strony cieszyliśmy się, że nie będzie zajęć, niekiedy jakiejś bardzo nie lubianej lekcji, że zrobimy coś pożytecznego, wreszcie że czeka nas jakaś miła przygoda, z drugiej zaś strony wiedzieliśmy, że przed nami spory fizyczny wysiłek.
Z reguły przyjeżdżał po nas samochód ciężarowy okryty szarą plandeką lub z zabudowaną skrzynią zwaną „bonanzą”. Najczęściej były to „lubliny” lub „ gazy - 51” czyli radziecka wersja naszego „lublina”, rzadziej „stary – 25”.
Ładowaliśmy się na „pakę” zajmując miejsca na drewnianych ławkach i z raczej udawanym entuzjazmem jechaliśmy do pracy.
Na polu dobieraliśmy się w pary i po otrzymaniu metalowego lub wiklinowego kosza względnie wiadra, przystępowaliśmy do zbierania ziemniaków. Praca nie była lekka, wymagała wielogodzinnego fizycznego trudu w pochylonej pozycji ciała lub wręcz „na klęczkach”. Wszak zbiór w każdym przypadku jest najtrudniejszym i zarazem najbardziej pracochłonnym przedsięwzięciem w całym cyklu produkcji ziemniaka. Trzeba tu również uwzględnić nasz młody wiek.
Praca, jaką należało wykonać, była wyznaczana ilością koszy (czasem nawet traktorowych przyczep) do zebrania,  obszarem pola, z którego należało zebrać ziemniaki lub jeszcze w inny sposób. Długie rzędy redlin zdawały się nie mieć końca. Najczęściej zbieraliśmy ziemniaki po maszynie, a więc to, czego nie udało się zebrać mechanicznie.     Bywało, że dokonywaliśmy podziału prac. Cięższe, na przykład noszenie koszy, wykonywali co bardziej rośli chłopcy, lżejsze ale wymagające większej precyzji, jak wybieranie drobnych ziemniaków, wykonywały dziewczęta. Niekiedy taki podział pracy rodził wzajemne sympatie...
Z wytęsknieniem czekaliśmy na przerwę. Na niej piliśmy słodką kawę zbożową niekiedy przekąszając kawałkiem chleba posmarowanym smalcem z dodatkiem kiszonego ogórka. Zbyszek Mitoraj – jeden z pierwszych absolwentów człuchowskiego liceum - obawiał się, że w tym chlebie mogą być karaluchy, bo taki przypadek raz mu się przydarzył. „Jedliśmy też wielkie buły z żółtym serem lub kiełbasą, a czasem drożdżówki” – dodawała Jagoda Loroch. Z kolei Ania Tyrzyk – moja młodsza koleżanka licealna - zapamiętała, że okładem do tych buł była też pasztetowa.
Posiłek w przerwie zapewniał nam pegeer. Dziś już nie pamiętam, czy dawali nam też metalowe kubki do kawy, czy musieliśmy mieć swoje. Gdy było zimno, rozpalaliśmy ognisko wykorzystując do tego przede wszystkim łęty ziemniaczane. Bywało, że w tym ognisku piekliśmy ziemniaki i okraszaliśmy je solą. Najlepsze były te prosto wyciągnięte z żaru, to nic, że były trochę suche. Ach, jak to wszystko nam smakowało... !
Z rozrzewnieniem wspominam dziś smak i aromat tej zbożowej kawy pitej w polowych warunkach i zapach palonego ogniska. Może dlatego, że przypominają mi przede wszystkim młodzieńcze lata.
„Chłopcy chcieli, aby przerwa odbywała się jak najbliżej lasu, aby w jego ukryciu móc z dala od nauczycielskich ócz „puścić dymka” – wspomina Sławek Tyrzyk, mój kolega z ławy szkolnej a także druh z czasów młodości.
Po przerwie nieco rozleniwieni, wracaliśmy do pracy i wtedy należało już tylko wyczekiwać zakończenia akcji w danym dniu. Jednak personel gospodarstwa a w szczególności jego dyrekcja, był zainteresowany, by jak najwięcej z nas „wycisnąć”. Stanowiliśmy, jak sądzę, dla nich tanią siłę roboczą i bardziej ocierało się to o czyn społeczny niż atrakcyjną pracę zarobkową. Ponadto, w razie nie uprzątnięcia pola, musieliby sobie sami z tym problemem poradzić. Pamiętając o tym, że gospodarstwa były przedsiębiorstwami wysoce niewydajnymi, nie byłoby to łatwe. Po wykonanej pracy, zmęczeni, umorusani i ubrudzeni wracaliśmy w domowe pielesze. Ale mimo wszystko było wesoło....
Podobne odczucia jak my, uczniowie, mieli ówcześni nauczyciele, na przykład cytowana już wcześniej Jagoda Loroch: „Jesień w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych kojarzyła mi się z wykopkami a obraz bezkresnych, aż po horyzont, pól ziemniaczanych stanowił nieodłączny element wyjazdów do pegeerowskich gospodarstw.  Rano niezliczone rzędy wykopanych skoro świt ziemniaków oczekiwały na „ręczne kombajny” czyli uczniów. Około 14.00 z niecierpliwością wypatrywaliśmy tzw. bonanzy lub niekiedy autobusów PKS, których pojawienie oznaczało koniec dnia pracy. Nie wyobrażam sobie, by obecne roczniki młodzieży bez protestu uczestniczyły w takim przedsięwzięciu !  Czasy ogromnie się zmieniły !!! Nadmienić należy, że jeździliśmy także sadzić las lub zbierać jabłka w sadzie”
Po zakończeniu wykopkowej akcji pegeer przelewał zarobione przez nas niewielkie pieniądze do dyspozycji szkoły, które składaliśmy na jakiś zbożny cel. W moim przypadku tym celem była zagraniczna wycieczka, w którą mieliśmy wyruszyć na początku maturalnej klasy. Niestety to się nie udało, zadowoliliśmy się wycieczką krajową. Do przedsięwzięcia swój finansowy wkład i tak musieli dołożyć rodzice.
Dzisiejsza młodzież szkolna zna pojęcie „wykopki” tylko z opowiadań rodziców. Do lamusa odeszły te i im podobne akcje. Kto dziś mówi w telewizji czy w radio o akcji wykopkowej czy żniwnej („Każdy kłos na wagę złota”), o sadzeniu lasu,  o zbieraniu jabłek w sadzie. Nie ma już problemu sznurka do snopowiązałek, stonki zrzucanej rzekomo przez Amerykanów na nasze pola i innych tym podobnych kwestii. Gdzieniegdzie pojawi się tylko informacja o świętowaniu dożynek – i tyle....
Różnie można oceniać tamte, wcześniej wspomniane akcje. Może było to „wspomaganie” nierentownych gospodarstw borykających się z niedoborem lub nadmiarem produkcji, głównie wędrującej na eksport (w tym drugim przypadku) do pozostałych krajów „bratniego obozu” w zamian za inne dobra. Może stanowiło to swoistą odmianę „rewolucji kulturalnej” mającej przyszłych inteligentów zapędzić do pracy na roli?
Ale nawet jeśli tak było, myśmy odczuwali to inaczej. Miały te akcje swoisty urok. Było w tym wszystkim trochę romantyzmu, pewnie jakaś odmiana rywalizacji, pokazanie innym, że nie jest się „mięczakiem”, a także była to nauka współdziałania w grupie, wreszcie trochę nauki o wsi.
A te snujące się dymy jesiennych ognisk pośród pegeerowskich plenerów, z zapachem pieczonych ziemniaków dodawały swoistego kolorytu, godnego zapamiętania. Pewnie dlatego miło to wspominam, pomijając całą ideologiczną otoczkę.



Aleksander Stawicki